Ballada o nieobecnej klaczy

Zgłoszenie do artykułu: Ballada o nieobecnej klaczy

Przyjmuję do wiadomości, że Administratorem moich danych osobowych jest Centrum Kultury Podgórza w Krakowie, z siedzibą: ul. Sokolska 13, 30-510 Kraków, e-mail: sekretariat@ckpodgorza.pl. Moje dane osobowe będą przetwarzane w celu przygotowania i przekazania odpowiedzi na przesłaną przeze mnie wiadomość. Więcej informacji na temat ochrony danych osobowych znajduje się tutaj: polityka prywatności.

Módlmy się za kowboja

Uciekła mu klacz

Musi szukać jej teraz

Zbiera mu się na płacz

A tu rzeka wylała

Drogi zmył rwący prąd

I od lęku przed stratą

W przepaść zwalił się most

Nie ma czego się trzymać

Ani pójść nie ma gdzie

Klacz zniknęła jak lato

Przepadła jak śnieg

Świerszcze grają żałośnie

W serce wkrada się żal

A tu noc już nadchodzi

Przepastna i zła

 Czy naprawdę uciekła

 Czy to tylko był sen?

 Czy złamała zagrodę

 Wyrwała się w step

 Odciskając w błocie

 Złotych podków ślad

 Sam ją nimi podkuwał

 Jako władca i pan

 I choć ona zaledwie

 O minutę jest stąd

 On jej szuka daleko

 I wciąż gubi trop

 Ślepy na jej obecność

 Porównuje swój ból

 Z karą, którą wymierzy

 Gdy pochwyci ją już

A wtem nagle znienacka

Na najwyższym z drzew

Ptak wychylił się z gniazda

I rozległ się śpiew

Ach, słońce znów grzeje

I wiatr cichnie też

Daleko nad rzeką

Wśród kwitnących wierzb

Ach, świat znowu jest piękny

Ach, szeroka jest ziemia

I jest klacz na granicy

Między światłem a cieniem

Kłęby pary nad grzywą

Jest nieśmiała lecz wielka

Kiedy biegnie po niebie

Do księżyca dosięga

 Jeszcze nieposkromiona

 Lecz podchodzi do ręki

 I znów pragnie gdzieś uciec

 I on za tym też tęskni

 Zaraz wierzgnie i skoczy

 I pogna przez błonia

 By się tarzać do woli

 W górskiej trawie zielonej

 Albo wyrwie się dalej

 Żeby sobie pobiegać

 Gdzie nic nie ma powyżej

 I poniżej nic nie ma

 Oto nadszedł czas zmagań

 Pora bata i ostróg

 Czy klacz przejdzie przez ogień

 Czy mu wyjdzie strzał z biodra?

Więc do klaczy w galopie

Przywiązuje się mocno

I klacz także się wiąże

Ze swoim pogromcą

Tu już nie ma przestrzeni

Lecz kierunki są wciąż

Czasu także już nie ma

Lecz jest dzień i noc

Leżąc klaczy na szyi

Cicho szepcze tak

– Gdzie pójdziesz najdroższa

Tam pójdę i ja

Zawracają jak jeden

Do domu przez step

Nie trzeba już bata

Wędzidła też nie

 Kto połączył ich związek

 Złączył ich z całej mocy

 I kto klamrę rozerwał

 Nim minęło pół nocy?

 Jedni mówią – klacz

 Drudzy mówią – jeździec

 Albo mówią, że miłość

 Jest silniejsza od śmierci

 A ty mówisz – Leonard

 Nie odjadą spokojnie

 W końcu western to western

 Kończ tę starą historię

 Więc ruszają przed siebie

 Choć melodia wciąż gram

 I znikają w oddali

 Jak piosenka, jak mgła[1]