Do przyjaciół gówniarzy

Zgłoszenie do artykułu: Do przyjaciół gówniarzy

Przyjmuję do wiadomości, że Administratorem moich danych osobowych jest Centrum Kultury Podgórza w Krakowie, z siedzibą: ul. Sokolska 13, 30-510 Kraków, e-mail: sekretariat@ckpodgorza.pl. Moje dane osobowe będą przetwarzane w celu przygotowania i przekazania odpowiedzi na przesłaną przeze mnie wiadomość. Więcej informacji na temat ochrony danych osobowych znajduje się tutaj: polityka prywatności.

Kto się za ten wiersz obraża

Ten się sam za gówniarza uważa

Przeglądam w myśli wszystkich mych przyjaciół twarze

I myślę sobie, och psiakrew! czyż wszyscy są gówniarze?

Ach, nie! Jest kilku wiernych, z tymi pojechałbym nawet do Kielc.

A reszta? Ach, reszta, proszę pani, to jest gówno, wprost na szmelc.

Pytacie mnie, czemu do Kielc, a nie do Afryki lub na Borneo?

O, tam łatwiej przyjacielem być wśród tropikalnych puszcz,

Niż gdy za ścianą woła ktoś: puszcz mnie pan, ach, puszcz.

A pluskwy, ach, nietropikalne, mnożą się jak w aparacie tym ĄRoneo?.

O, tak w ohydnej wszawości małego miastka,

Gdy metafizyk głąb wypiera dowolna wprost namiastka,

Gdzie zamiast uczuć wszelkich są tylko jakieś marne substytuty,

A miłość dają tylko, ach, nieszczęsne prostetuty

(Bo krzywych zabrakło już),

A syf i tryper biegną w krok tuż, tuż,

Gdzie zwykła dorożkarska buda zastąpi wszelkie narkotyki świata,

I gdzie jedyne piękno jest: na zgniłych domkach jakaś, proszę pani, wieczorna, ta tak zwana,

ach, poświata,

I wszystko to na tle zupełnej nędzy

W smrodzie u gospodyni jakiejś potwornej wprost jędzy,

W ciągłej niepogodzie, co lepsza jest od słońca,

Bo wtedy wszystko zda się bliskim już, ach, końca –

Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,

I jako jakieś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.

A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe

I niełatwo jest w nim złapać nawet kiłę...

W każdym razie tam przyjacielem być i w tych warunkach

Trudniej jest niż w afrykańskich najtropikalniejszych choćby wprost stosunkach.

Gdy człowiek gębą sra,

A tyłkiem podpatruje obroty gwiazd i mgławic dalekich spirale,

Gdy mu muzyczka skądiś gra,

A on gdzieś przy powale wydusza miliony pluskwich gniazd,

Gdy beznadziejność dusi jak ohyda i śmierdząca zmora,

Gdy człowiek sobie siebie widzi jako cuchnącego własnym sosem, ach, potwora –

Może to wszystko przejdzie, ach, a może nie,

W każdym razie to jest wszystko bardzo fe.

A do tego napisane nie krwią a gównem, bardzo źle.

Ja nie chcę tego, nie, nie, nie!

Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,

I jako jakieś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.

Bibliografia

1. 

Wolański, Ryszard

2. 

http://www.piwnicapodbaranami.pl/piosenki/kielce.html
Internetowa strona Piwnicy pod Baranami [odczyt: 21.03.2013].