Konik na biegunach

Zgłoszenie do artykułu: Konik na biegunach

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Ośrodek Kultury „Biblioteka Polskiej Piosenki” mieszczący się w Krakowie, przy ul. Krakusa 7, zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (tekst jedn.: Dz. U. z 2015 r. poz. 2135 z późn. zm.), w celu wymiany informacji z zakresu polskiej pieśni i piosenki. Wymiana informacji będzie się odbywać zarówno za pośrednictwem niniejszego formularza jak i bezpośrednio, w dalszym toku spraw, redaktora bazy danych, prowadzącego korespondencję z właściwego dla niego adresu mailowego.

Tytuł:

Konik na biegunach

Autor słów:

Serwatka, Franciszek

Autor muzyki:

Dybek, Jacek

Data powstania:

1960

Informacje

Ta piosenka ma za sobą trzy życia, ale ma taki potencjał, że jej reinkarnacja wydaje się nieuchronna.

Przyszła na świat w Krakowie w Kabarecie Studentów Akademii Medycznej „Cyrulik”. Założony w 1960 r. zasłynął z debiutów gwiazd piosenki Hanki Koniecznej i Ewy Demarczyk, oraz z „Konika na biegunach”. Wakacje owego r. ekipa artystyczna krakowskich uczelni spędzała w Kortowie. Oprócz „Cyrulików” był tam też zespół Jazz_Band_Ball. A w nim multiinstrumentalista Jacek Dybek. Chodziła mu po głowie pewna melodyjka, dla jazzu nieprzydatna, ale w sam raz dla kabaretu. W istocie nadawała się. Nie bez kłopotów (magnetofon był rzadkością) nagrano szkic piosenki i czekano na przypływ weny twórczej by opatrzyć ją tekstem. Podejmowano nieudane próby, aż pewnej nocy...

Franciszek Serwatka wynajmował pokój w Prokocimiu. To daleko od Rynku Głównego przy którym mieści się klub „Pod Jaszczurami”. Klubowe imprezy kończyły się późno, tramwaje już spały w zajezdni, trzeba było godzinę spacerować do domu. To był dobry czas na rozmyślania. Po jednym z takich powrotów usiadł Franek nad kartką papieru i spisał ułożony po drodze tekst. Tak domknęła się chwilowo sprawa „Konika”. To miał być bardziej kabaretowy żart niż piosenka. No bo jakże to? Kraków Zielonego Balonika i Piwnicy pod Baranami wymagał od swoich twórców, choćby i kabaretowych, poezji, a tu jak sam ją nazywa autor: „taka sobie kuchenna piosenka”. I choć gdzieś tłukła się po głowach myśl, że to może być przebój, wiele znaków wskazywało na to, że jednak nie. Najpierw wystartowano z nią na Przeglądzie Piosenkarzy Studenckich w Częstochowie. Choć życzliwie przyjęta przez publiczność nie dostała nawet wyróżnienia. Ale najgorsze miało nadejść. W „Życiu Warszawy” ukazała się druzgocąca recenzja Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego: Co to znaczy, że „ z ołowiu odejdą żołnierze”? Z ołowiu idą, czy są z ołowiu? A ta muzyka, trochę włoska, taki Marino Marini. Coś okropnego. O co panu chodzi panie Serwatka?

W archiwum krakowskiego radia przetrwała oryginalna wersja piosenki. Wielkiego wrażenia nie robi. Ot, nagrana z towarzyszeniem fortepianu kabaretowa miniaturka. I pewnie tak by się to zakończyło, gdyby nie człowiek, który dał jej drugie życie.

W 1962 r. Zrzeszenie Studentów Polskich zorganizowało w Kołobrzegu obóz dla piosenkarzy studenckich. Wśród wykładowców Krzysztof Komeda, Jerzy Abratowski, wśród uczestników Franciszek Serwatka, Jacek Dybek i student geografii z Lublina Michał Hochman. Wyjechał z Kołobrzegu z mocnym postanowieniem, będzie śpiewał „Konika”. Pierwsza duża okazja nadarzyła się w audycji „Mikrofon dla wszystkich”, a redakcja została zasypana setkami próśb o tekst piosenki. To był znak, że Michał Hochman ma przebój. W dodatku zaproszono go w 1964 r. na festiwal opolski, gdzie miał zamiar olśnić widownię. Nie udało się, organizatorzy skreślili utwór ze względu na „niskie walory artystyczne”. Wreszcie trzecia, zakończona wielkim sukcesem, próba. Nagranie z zespołem Kawalerowie, dla III programu Radia. No, po prostu szał. Big beatowa wersja sentymentalnej piosenki stała się z dnia na dzień przebojem. I prawie z dnia na dzień słuchaczom się znudziła. Pozostała w repertuarze weselnych kapel i ogniskowych gitarzystów. Michał Hochman wyjechał do Stanów, a wraz z nim „Konik”.

W 1988 r. także do USA wyjechali Urszula ze Staszkiem Zybowskim kompozytorem i gitarzystą. No i doszło do spotkania dwóch pokoleń śpiewających lublinian. Michał puszczał nam swoje piosenki, opowiada Urszula, był wśród nich „Konik na biegunach”. Pamiętałam go z dzieciństwa jak przez mgłę, ale tak jakoś zadrapało mnie w gardle, zrobiło się cieplej na sercu. Wspomnienia, nostalgia. Staszek znał ten utwór lepiej „słuchaj” powiedział „na wszystkich weselach, studniówkach, balach na których grałem nie mogło się obejść bez tej piosenki, ma pomysł jak to zrobić na nowo”.

I zrobił. Ostra rockowa wersja dziwnie kontrastuje z sentymentalnym tekstem, ale podczas koncertów już po trzecim utworze z widowni słychać okrzyki „Konik! Konik!”.

Bo taki jest urok tej piosenki, która niczym jej bohater, odkładana na strych niepamięci, powraca by po raz kolejny rozkołysać, rozbawić[2].

Bibliografia

1. Wolański, Ryszard.

2. Halber, Adam.
Konik na biegunach, „Angora” nr 47/2009, Wydawnictwo Westa-Druk, Łódź 2009.

3. http://www.angora.pl.
Artykuł pochodzi z nr 47/2009.