Zostań z nami melodio

Zgłoszenie do artykułu: Zostań z nami melodio

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Ośrodek Kultury „Biblioteka Polskiej Piosenki” zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE i ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 10 maja 2018 (Dz. U. poz. 1000), w celu wymiany informacji z zakresu polskiej pieśni i piosenki. Wymiana informacji będzie się odbywać zarówno za pośrednictwem niniejszego formularza jak i bezpośrednio, w dalszym toku spraw, redaktora bazy danych, prowadzącego korespondencję z właściwego dla niego adresu mailowego.
Administratorem danych jest Ośrodek Kultury „Biblioteka Polskiej Piosenki” z siedzibą w Krakowie przy ulicy Krakusa 7. Wszelkie dokładne informacje o tym jak zbieramy i chronimy Twoje dane uzyskasz od naszego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (iodo@bibliotekapiosenki.pl).
Wszystkim osobom, których dane są przetwarzane, przysługuje prawo do ochrony danych ich dotyczących, do kontroli przetwarzania tych danych oraz do ich uaktualniania, usunięcia jak również do uzyskiwania wszystkich informacji o przysługujących im prawach.

Tytuł:

Zostań z nami melodio

Autor słów:

Zechenter-Spławińska, Elżbieta

Autor muzyki:

Wojdak, Jan

Zygierewicz, Andrzej

Data powstania:

1980

Informacje

Żeby usłyszeć tę piosenkę trzeba czekać aż do końca koncertu zespołu Wawele. Grają ją zawsze na finał, traktując, może i jako trochę naiwne przesłanie. Ale to robi wrażenie na publiczności, która domaga się bisu. I wtedy na scenę wchodzi Jan Wojdak z gitarą. Wystarczy kilka pierwszych akordów i już nie musi nic śpiewać, zrobi to za niego widownia. To takie, bywało, że i na kilka tysięcy głosów, karaoke – śmieje się artysta.

Skąd wziął się Janek Wojdak – kompozytor melodyjnych ballad? Opowiada tak: studiowałem na Politechnice Krakowskiej, miałem kilku kolegów, czarnoskórych przybyszów z Czarnego Lądu, którzy mieli tę zaletę, że mieli w szufladzie paszporty i na ogół bogate rodziny zaopatrujące ich w „twardą” walutę. Jeździli więc sobie po Europie, a że bardzo pożądanym i niedostępnym towarem była muzyka, przywozili z tych podróży płyty. Pożyczali mi je chętnie, bo wiedzieli, że gram na gitarze i podczas występów w klubie rewanżowałem się jakąś dedykowana im piosenką. Śpiewałem głównie bluesa aż tu nagle wpadł mi w ręce album zupełnie nieznanego w Polsce Jamesa Taylora. To był amerykański kompozytor i wykonawca ballad, trochę w stylu country, akompaniujący sobie na akustycznej gitarze. Posłuchałem raz i drugi, spodobało mi się, potem, kiedy któryś z moich egzotycznych kolegów wyjeżdżał prosiłem „przywieź mi nową płytę Taylora”. Tak. Postanowiłem zostać polskim Jamesem Taylorem.

Tu trzeba powiedzieć, że miał Janek talent do komponowania, a zainspirowany przez swojego amerykańskiego idola porzucił bluesa i rock and rolla. Miał doskonałą okazję, bowiem w 1971 r. przystał do grupy Wawele, a koledzy doceniając jego talenty chętnie akceptowali przynoszone na każdą próbę nowe propozycje.

Zespół miał już za sobą pierwsze nagrania, ale wraz z przyjściem Janka zainteresowanie wzrosło do tego stopnia, że Wawelom zaproponowano profesjonalne nagrania dla radiowego „Studia Rytm”. Piosenki MleczarzBallada o trzech kotach zdobyły dużą popularność.

Ta popularność to nie tylko nagrania i koncerty, także wyjazdy zagraniczne, do NRD (ale także – co rzadkie – do RFN), Czechosłowacji i przede wszystkim do Związku Radzieckiego. Najpierw na tak zwaną „rurę”, czyli do budowniczych rurociągu „Przyjaźń”, potem na wielotygodniowe trasy po całym Kraju Rad.

Podczas takich wyjazdów ma się sporo wolnego czasu. Janek nie rozstawał się z gitarą, która „mieszkała” w jego hotelowych pokojach. Drugim – co tu ukrywać – popularnym wśród muzyków zajęciem było degustowanie wyrobu o nazwie „Stolicznaja”. No i z połączenia wolnego czasu, owego wyrobu i gitary powstał pomysł na piosenkę. Choć może największe znaczenie miał geniusz loci. Podczas tych podróży – opowiada kompozytor, często widzieliśmy biesiadujących Rosjan. Zawsze, ale to zawsze, biesiady te były połączone ze wspólnym śpiewem. Przy czym nie były to pijackie wrzaski, a bardzo klimatyczne, często śpiewane czysto i na głosy, poruszające „duszoszczipatelnyje” melodie. „Zarażony” tą atmosferą postanowiłem i ja napisać coś w tym stylu. Usiadłem w pokoju z gitarą i szklaneczką czegoś mocniejszego i właściwie od razu przyszedł mi do głowy refren. Prosty, melodyjny oddający słowiańską naturę. Niestety, czy to z powodu innych rozrywek, czy z braku pomysłu postanowiłem, że canto napiszę już w Polsce. Wracam, a tu (był 1980 r.) Konkurs Szopenowski. Nie dość, że wydarzenie, to moja córka uczyła się wtedy gry na fortepianie, więc z tym większą uwagą wsłuchiwaliśmy się w twórczość mistrza Fryderyka. I wtedy postanowiłem, że canto będzie miało podobny klimat. Napisałem i poszedłem z muzyką do Eli Zechenter-Spławińskiej. To jest poetka, z którą mieliśmy już na koncie parę piosenek. I tak jak na ogół zostawiam autorom wolną rękę, tak tu pozwoliłem sobie na sugestię. Poprosiłem o szopenowski akcent. I po to by sprawić przyjemność córce, ale także by tekst „przylegał” do muzyki. Ela spełniła zamówienie wyśmienicie. Już na samym początku umieściła słowa „To nie deszcz. To są krople szopenowskich nut”.

Nie da się ukryć powstał przebój. I to na skalę międzynarodową. Szybko powstało rosyjskie tłumaczenie i Wawele, grając za wschodnią granicą, przy aplauzie publiczności wielokrotnie musiały bisować, a piosenka (choć nigdy tam niewydana na płycie) trafiła pod radzieckie strzechy i… do biesiadnego repertuaru „skąd jej ród”.

Spełniło się jeszcze jedno marzenie kompozytora. Otóż mógł dokonać nagrania z orkiestrą smyczkową. Za aranżację wziął się wytrawny majster Andrzej Zygierewicz. Najpierw więc nastrój tworzą jakby bałałajki czy mandoliny, potem zaś melodie niosą kaskady smyków. To robi wrażenie.

Czy to największy sukces kompozytorski Jana Wojdaka? On sam zapytany kiedyś, który swój utwór ceni najbardziej, odpowiedział śmiejąc się: ten, który przyniósł mi najwięcej tantiem. „Zostań z nami melodio”[2], [3].

Bibliografia

1. 

Wolański, Ryszard.

2. 

Halber, Adam.
Zostań z nami melodio, „Angora” nr 18/2013, Wydawnictwo Westa-Druk, Łódź 2013.

3. 

http://www.angora.pl.
Artykuł pochodzi z nr 18/2013 [odczyt: 18.06.2013].