Dwadzieścia lat, a może mniej

Zgłoszenie do artykułu: Dwadzieścia lat, a może mniej

Przyjmuję do wiadomości, że Administratorem moich danych osobowych jest Centrum Kultury Podgórza w Krakowie, z siedzibą: ul. Sokolska 13, 30-510 Kraków, e-mail: sekretariat@ckpodgorza.pl. Moje dane osobowe będą przetwarzane w celu przygotowania i przekazania odpowiedzi na przesłaną przeze mnie wiadomość. Więcej informacji na temat ochrony danych osobowych znajduje się tutaj: polityka prywatności.

Tytuł:

Dwadzieścia lat, a może mniej

Autor słów:

Kondratowicz, Janusz

Autor muzyki:

Figiel, Piotr

Data powstania:

1974

Informacje

Z końcem lat sześćdziesiątych domykał się „złoty okres” w historii zespołu Czerwono-Czarni. Po kolei odchodziły największe gwiazdy Karin Stanek, Toni Keczer, małżeństwo Kasia SobczykHenryk Fabian. Te więzi między wokalistami i zespołem muzycznym rozluźniły się, gdy grupa poświęciła się wielkiemu projektowi, jakim była „Msza Beatowa” skomponowana przez Katarzynę Gaertner. Zrezygnowano w niej z solistów, co sprawiło, że ci zrezygnowali z zespołu. Właściwie pozostał tylko Jacek Lech i to on brał udział w „filharmonicznych” wystawieniach „Mszy”.

Wreszcie postanowił się usamodzielnić. Założył zespół Nowa Grupa i rozpoczął działalność na własne konto. Niestety jak szybko się zaczęło, tak i się skończyło. Oficjalna wersja mówi, że artysta musiał zrobić roczną przerwę na skutek wypadku samochodowego. Nieoficjalna, choć przecież udokumentowana, opisuje jak to młody kierowca nie zatrzymał się do milicyjnej kontroli, a kiedy doścignięto go wreszcie i zmierzono poziom alkoholu, okazało się, że był dobrze pijany. Historię tę opisały gazety i jak twierdzą wtajemniczeni, Jacek Lech usunął się w cień, żeby sprawa przyschła. Może zresztą te dwa wydarzenia nałożyły się na siebie?

W 1973 r. uznano, że „już można” i rozpoczęło się poszukiwanie repertuaru. Najbliżej było do Katarzyny Geartner. Państwo poznali się bliżej przy produkcji „Mszy”, więc były podstawy do nawiązania współpracy. Przyniosła ona kilka piosenek, z których jedna, pośrednio, jak się zaraz okaże, wpłynęła na karierę naszego bohatera.

Bowiem w ramach kwerendy po twórcach, trafił Jacek Lech i do Janusza Kondratowicza. To on, na początku kariery piosenkarza, napisał teksty do jego przebojów: „Gdzie szumiące topole”, „Do widzenia mamo” i przede wszystkim do „Bądź dziewczyną z moich marzeń”.

Opowiada Janusz Kondratowicz: To był czas kiedy byłem zafascynowany przedwojennym filmem. Co tydzień chodziłem do kina „Iluzjon”, oglądałem te produkcje sprzed kilkudziesięciu lat, nasiąkałem klimatem, nastrojem. To co fascynujące, to fakt, że umieszczano w nich mnóstwo piosenek. Nie były one integralną częścią obrazu, bo potem je nagrywano, wydawano na płytach, wiodły samodzielny żywot. Wiele z nich do dziś. I pomyślałem wtedy, żeby zrobić pastisz takiego starego tanga.

Nie da się ukryć, że asumpt do powstania tekstu dała jedna z piosenek, którą skomponowała dla Jacka Lecha Katarzyna Geartner. Nosiła tytuł „Co jej mogłeś dać”. Autor słów Marek Dutkiewicz (tu występujący pod pseudonimem Wojciech Filipowski) użył bowiem w refrenie charakterystycznego zwrotu:

Nie miałeś nic prócz dwojga rąk. No powiedz co jej mogłeś dać

Chciałeś zabrać ją na inny ląd

W każdym razie opowieść dość dramatyczna, o biednym chłopaku, porzuconym przez dziewczynę, bo inny, jak się można domyślić, miał coś więcej „prócz dwojga rąk”.

Pomyślałem, kontynuuje Kondratowicz, żeby napisać odpowiedź na tamtą piosenkę. Śpiewaną tym razem w pierwszej osobie przez biednego chłopaka, opowiadającego o swoich marzeniach i ich klęsce. Świadomie więc zamieściłem zwroty w rodzaju

Mówiłem, jeśli chcesz, zabiorę cię daleko stąd

Ze sobą tylko weź gorące serce, dwoje rąk

No i żeby nie było wątpliwości, że to naiwny, niedoświadczony człowiek znalazł się w tekście zwrot, który stał się tytułem piosenki „Dwadzieścia lat, a może mniej”.

Zamówiłem muzykę u Piotrka Figla. „To ma być pastisz” – powiedziałem „żart stylizowany na przedwojenne tango, taki troszkę z myszką, nawiązujący do dansingowego klimatu. Pań w piórach i futrzanych narzutkach, panów we frakach i galowych mundurach”. I Piotrek taką muzykę napisał. Nagraliśmy to w Studio Rytm i ... żarty się skończyły. Słuchacze potraktowali tę piosenkę niezwykle serio. Stała się hymnem nieszczęsnych chłopaków na dorobku, biedaków, którzy nie mieli czym zaimponować materialistycznie nastawionym dziewczynom. I nie dało się wytłumaczyć, że to taka konwencja. To było bardzo serio przyjmowane, szczególnie na prowincji.

Tekst teksem, ale i muzycznie trafił kompozytor w klimat. Zaaranżował jak należy. Tu knajpiany saksofon, tu rytm „pod nogę”, krótko mówiąc zrobił się przebój „gastronomiczny”.

Chociaż trzeba dodać, że trafił też na wielką estradę i to w międzynarodowym wydaniu. W 1976 r. podczas festiwalu sopockiego zaśpiewano go aż trzykrotnie podczas Dnia Polskiego. Wybrali ją bowiem przedstawiciele Kuby, RFN-u i Związku Radzieckiego.

Światowej kariery co prawda nie zrobił, ale do dziś przynosi wspomnienia (sprawdzałem wpisy w Internecie) z czasów kiedy się miało „dwadzieścia lat, a może mniej”[2].

Bibliografia